Hilldaria - część I

(Glieve) Minuty dłużyły się niemiłosiernie i żaden z pozostałych nie mógł usiedzieć w miejscu. O ile jednego zjadały nerwy, drugiego po prostu irytował sam akt czekania. Natomiast Beverg i Asherg chcieli jak najszybciej spuścić psim synom łomot. Nie można się było im dziwić. Ostatnie dni były spokojne, żeby nie powiedzieć nudne i monotonne, nawet biorąc pod uwagę parę małych incydentów. Niedawno śniło mu się jak wypisuję papiery, by chwile później obudzić się przy biurku w gabinecie... wśród owych papierów. Omal ich wtedy nie spalił w diabły razem z całym dokiem, gdy dotarło do niego, że będzie musiał to przeżywać podwójnie. Tym sposobem był nawet wdzięczny tym ćwierć mądrym osobnikom za niedotrzymanie warunków. Teraz miał wszelkie prawo przyjść po swoje, a przy okazji wyładować całą złość.

- Ruszamy - powiedział w końcu Ash szczerząc się przy tym w jakimś chorym od ekscytacji wyrazem twarzy. Beverg również błysnął ząbkami mając ten swój uradowany wyraz twarzy, jakby nadal był szesnastoletnim chłystkiem i całe to zamieszanie było kolejną zabawą. Stary cap włożył w końcu na łeb hełm i ponaglił młodzików, by ruszyli tyłki. Asherg szedł przodem, szybkim, zdecydowanym krokiem. Podniósł z ziemi kawałek bruku, który nie wytrzymał próby czasu i podrzucił nim dla zważenia. Gdy od drzwi dzieliło go już tylko kilka metrów, zamachnął się i z całej siły cisnął w nie kamulcem. Pocisk niemal od razu zapłonął i z całym impetem wbił się w wejście robiąc w nich pokaźnej rozmiaru dziurę. Ktoś wewnątrz wrzasnął najprawdopodobniej obrywając albo samym kamieniem, albo drzazgami. Ash kopniakiem wyważył pozostałości drzwi, a potem postawił drugi krok tupnąwszy ciężko butem. Z ziemi wystrzeliła skalna ściana nie większa niż mała ściana. Było to oczywiste zabezpieczenie przed potencjalnym ostrzałem. W tym momencie do korytarza wpadł Beverg ze swoim flambergiem. Od razu wyminął skalny twór i machnął opartym na ramieniu ostrzem. Krzyk i odgłos upadającego na posadzkę ciała.

- Dziecinna robota... - Uśmiechnął się mag.

Drzwi do głównej izby przebiła jakaś marna imitacja strażnika. Przypalona imitacja strażnika. W całkiem sporym pomieszczeniu zebrała się już grupka domowników: zakapturzony jegomość siedział w fotelu przy kominku, elegancko ubrany blondyn czerwony ze wściekłości towarzyszył mu po jego prawicy, dwóch kolejnych stało troszkę z boku, a przed wejściem z obnażonymi mieczami stało czterech najemników. Przez drzwi w końcu przeszedł sam Asherg, powolnym krokiem jakby spodziewając się ataku.

- Wybacz, że wpadliśmy bez zapowiedzi. - Nadepnął butem na przypalonego strażnika przedsionka. - Niestety, nie mam też prezentu z tej okazji.

Pan domu zdawał się jeszcze bardziej poczerwieniał. Wstał z fotela i już miał coś powiedzieć, gdy Ash mu przerwał:

- Dobra, sprawa jest taka: albo wywiązujecie się z umowy, albo zrobimy to za was. Co wy na to?

- Osobiście polecam drugą opcję - wtrącił się wchodzący do środka Beverg i zarechotał pod hełmem. Ironhawk wzruszył jedynie ramionami nie ukrywając uśmiechem, że też mu się ta droga podoba.

- Głupcy! - wrzasnął w końcu blondas. - Wasza rola się skończyła! Hidrio, skończ z tymi karaluchami!

Zakapturzona postać w fotelu podniosła tyłek z siedzenia i wyprostowała się w całej swej starczej okazałości. W mroku tkaniny Ash widział jedynie krótko przystrzyżoną siwą brodę i wyszczerzone, pożółkłe zęby. Ironhawk tupnął nogą tak jak podczas wejścia do budynku, lecz tym razem jedynie ziemia się zatrzęsła. W tym momencie przez tylne drzwi do pokoju wpadł cień. Z zawrotną prędkości przeskoczył na fotel, wybił się z jego oparcia, a jedyną wyraźną rzeczą w tym wszystkim był błysk sztyletu wbijającego się chwile później w czaszkę starca. Asherg zgarnął z pasa woreczek z piaskiem i machnął ręką sypiąc pyłem w kierunku najemników. Pstryknięcie palcami i piasek się zajarzył. Wojownicy odruchowo zasłonili twarze, a Beverg po prostu ruszył do przodu już zamachując się do poziomego cięcia. Za nim i za Qim do pomieszczenia wpadła pozostałą piątka.

(Nirameja) Rum, rum, rum.. można się uzależnić, a jednak człowiek przy takiej butelce zapomina o troskach tego świata. Odłożyła butelkę na bok, a następnie pomalowała usta szminką. Robiła to po ciemku tak wiele razy, że weszło jej to w nawyk, a na dodatek wspomagał ją księżyc. Odsłoniła także dekolt by zimne powietrze opatulało jej ciało, a jednym prostym ruchem pozbyła się chusty z głowy. Owinęła ją sobie wokół nadgarstka i zsunęła się na dół ze swoją butelką, troszkę się ulało ale im mniej wypije tym lepiej dla niej. W pewnym momencie minął ją znajomy mężczyzna, uśmiechnęła się krótko i ruszyła za nim jak zwinna jak małpka ponad jego głową. Nawet zostawiła swoją butelkę wręczając ją pierwszej lepszej osobie, kiedy go wyprzedziła po prostu wybiła się i spadła na proste nogi tuż przed niego. - Śpieszy Ci się gdzieś?

(Limenhu) Myśli kłębiły mu się z prędkością bełtu wypuszczonego w stronę bezbronnego ciała. Gruchotały mu wszelakie instynkty, o dziwo, pozwalając dalej iść. Dlatego nie usłyszał kiedy ktoś zaczął szybciej iść, ba, nie zatrzymał się od razu kiedy jakaś skała przed nim wyrosła, więc - bądź co bądź - musiał się z nią zderzyć.

- Co do... - zaczął, nie kończąc. Nie upadli na ziemie, tyle było z tego dobrze. Popatrzył na znajomą gębę, przez chwilę przerywając potok myśli. Otworzył usta, już chcąc coś powiedzieć, ale w końcu tylko wyminął kobietę, ruszając naprzód. - Śpieszy, śpieszy - wymruczał, o tyle głośno, by i ona mogła go usłyszeć.

(Nirameja) Szczerze mówiąc miała nadzieję że mężczyzna zatrzyma się i wytłumaczy skąd to całe zdenerwowanie i rozmowa z samym sobą. Jednak kiedy się z nią zderzył to pojawiło się znacznie więcej pytań. Chciała coś powiedzieć ale sprytnie ją minął, o nie. Nie da tak łatwo za wygraną, nie ma mowy. Ruszyła za nim i złapała go za ramię dodając. - Zaczekaj, nie po to oddaję komuś pół butelki rumy by dostać jeszcze więcej pytań. Chcę odpowiedzi, tak więc?