Hilldaria - część II

(Gastly) Licz szybkim marszem szedł w stronę miasta. Wyglądało to lekko mówiąc - przerażająco. Ubrany w długą, czarną szatę z kapturem, dzierżący w ręku kostur, którym się podpierał. Jego szybki krok wywoływał lekki świst, taki podobny do mocniejszego wpadnięcia wiatru w skalną szczelinę. Jego stopy oraz kostur dotykając trawy, oraz roślin po których stąpał sprawiały, że te pękały pod wpływem zimna.

(asghan) - Mm. Brzmi jak niezła zabawa. Dobra, idę się przejść, może mnie wypuszczą, dzięki za towarzystwo. - Skinął mu głową i wstał. Wyszedł za drzwi i ruszył wzdłuż największej ulicy jaką mógł znaleźć, w kierunku z którego mniej więcej kojarzył, że przyszedł. Trzeba przyznać, że miasto nocą to dużo ładniejszy widok niż wioska nocą. Zimny wiaterek wiał po twarzy, sprawiając, że Tangata przyspieszał kroku by się rozgrzać.

(Karagni) Użyła na swoich oczach zaklęcia wzmacniającego. Teraz dużo lepiej widziała w ciemności. Nigdzie nie zauważyła jednak upragnionej rośliny. Zobaczyła jednak ślady wilka odciśnięte w błocie. Niewiele myśląc poszła w drugą stronę.

(Nirameja) Spróbowała patrzeć w jego oczy przez dłuższą chwilę, chciała za wszelką cenę wygrać tą wojnę ale nie dała rady. Odwróciła wzrok patrząc gdzieś w dal, była w tym momencie słaba i przestraszona. Jakikolwiek przejaw jej bitewnego ducha jakoś zgasł, jakby była kimś innym. - Przez tak długi czas ani razu nie zmieniłem nic w księgach, a teraz tak nagle mam wszystko stracić? Byłbym głupcem, uwierz mi.. mogą mnie puścić? - Dodała zerkając to na lewo, to na prawo.

(Glieve) Asherg wyciągnął rękę i odebrał kieliszek Sinothowi. Następnie sięgnął po butelkę wina odstępując od bitwy na spojrzenia i odpieczętował ją.

- Puśćcie go i możecie wyjść - powiedział nalewając alkoholu do obu kieliszków. Strażnicy posłusznie puścili kwatermistrza, skłonili się obojgu i wyszli jak kazano. Ironhawk wziął oba pełne kieliszki jeden podając młodzieńcowi.

(Gastly) Shaal'Zad przechodził już tym lasem niezliczoną ilość razy. Znał każde drzewo na pamięć, żadna skarpa nie była mu obca, a żadne ptasie gniazdo nie ukryło się jego oczom. Czarnoksiężnik był już całkiem niedaleko murów, ten kilometr z kawałkiem, który został mu do pokonania był dla niego już relaksującym spacerem. Kilkanaście kroków od swojego położenia zauważył wilka, prawdopodobnie odłączonego od watahy, kiedy ich wzrok spotkał się - czworonóg zaskomlał i odszedł od wodopoju. Strach... Nawet zwierzęta, z którymi spotkanie w takiej sytuacji uchodzi za pewną śmierć, są niczym w porównaniu ze strachem...

(Nirameja) Poczuła nagłą ulgę kiedy tylko strażnicy ich opuścili, nie przepadała za jego ludźmi bo byli zbyt brutalni i nie mieli w ogóle wyczucia. - Mogłeś przyjść so mnie osobiście, albo na odwrót bez tego wszystkiego. Nie było to przecież potrzebne, nie wbiłbym Ci nagle ostrza w rzebra...apropo ostrzy, mam obecnie na sobie parę. Nie masz mi tego za złe? - Podwinęła jeden z rękawów pokazując mu je na dowód. Ujęła kieliszek i dodała. - Tak więc.. w czym rzecz?

(Karagni) Tak przechadzając się bezowocnie po lesie usłyszała cichy szum. Mając nadzieję, że to strumyk skierowała się w stronę źródła dźwięku. Nie myliła się, po kilkudziesięciu krokach zauważyła wolno płynącą wodę, zaledwie małe wydrążenie. Nabrała cieczy w dłoń i napiła się.

Słodka. Aż za bardzo. Idę w dobrym kierunku.

Ruszyła dalej w górę strumienia.

(Glieve) - Muszę dbać o wizerunek - odpowiedział nawet nie siląc się na przeprosiny. - Zresztą to nie tak, że cię nie podejrzewałem.

Upił łyczek wina i przeszedł za biurku. Nie usiadł, lecz spojrzał na wiszący na ścianie obraz. Przedstawiał on jego pradziadka Popielnobrodego.

- Tak jak mówiłem, mamy w swoich szeregach szpiega, który sprzedaje informacje i wykrada towar. Nie podejrzewasz kogoś?

(asghan) Półgodzinna przebieżka drogami miasta mogła wydawać się męcząca, ale nie była nawet w czwartej części tak irytująca jak tłumaczenie strażnikom, dlaczego opuszcza się miasto niemal o północy i sprzeczanie się z nimi. Ewentualnie jednak przepuścili go na zewnątrz. Odszedł kilka kroków od bram, zdjął szaty i wywrócił je na drugą stronę, od której były zielonoszaroburobrązowe, znaczy, wyglądały jak błoto i trawa. Szaty były wielowarstwowe, więc kieszenie nie wychodziły na wierzch, co było dosyć sporą zaletą, bo było ich przynajmniej z dziesięć i trochę głupio by wyglądały. Następnie zarzucił na plecak którąś ze swoich ciemniejszych koszulek i obwiązał ją mocno, tak, żeby nie było za bardzo widać jaskrawych kolorów. Poprawił topór przy pasie i umieścił sztylet w jednej z łatwo dostępnych od tej strony "kabur" wewnątrz płaszcza, po czym zszedł z traktu w stronę lasu.

(Nirameja) - Nie mam pojęcia kim może być ta osoba, to może być kazdy kto ma dostęp do tych samych ksiąg co ja. Pytał Kapitan jeszcze kogoś prócz mnie? - Zapytała zaciekawiona i zamieszała ciecz w kieliszku prostym, okrężnym ruchem dłoni. Następnie upiła go trochę było niezłe, ostatnio nie miała tak dobrego trunku w ustach. Aż chciało się go więcej.

(Glieve) Znów pokiwał głową.

- Nie. Dlatego chcę, by to o co cię poproszę zostało między nami. Chcę byś odszukał zdrajcę i dostarczył mi go żywego lub martwego. Najlepiej niech dycha, bo chciałbym go trochę potorturować. - Odwrócił się do niego. - Jeżeli ci się uda, czeka cię sowita nagroda.

(Gastly) Shaal'Zad zatrzymał się przy starym, bardzo potężnym dębie. To w zasadzie jego ulubione miejsce w całym lesie na zrobienie krótkiego postoju. Masywny, wystający korzeń sprawiał wrażenie wygodnego siedziska, w szczególności, że można było oprzeć się od razu o pień. Mag otworzył swoją księgę, przesunął lekko w stronę światła księżyca, które przebijało się przez rozłożystą koronę drzewa i wyjął z jednej kieszeni szaty małą fiolkę wypełnioną fioletowym płynem. Zaczął czytać powtarzającą się formułkę, która dobrze widoczna była pod bladym światłem, wraz z każdym wypowiadanym słowem substancja zaczynała świecić coraz jaskrawiej.