Hilldaria - część II

(Karagni) - Hehe. - Zaśmiała się. (Niczym w książce Stephenie Mayer)

Zeszła na ziemię, po czym przebiegła kilka kroków i wskoczyła na zamarznięty strumyk ślizgając się po nim.

(asghan) Usłyszał świst i stosunkowo głośny śmiech i odwrócił się, widząc kogoś ślizgającego się po lodzie w dół strumienia.

Argh. Mogłem o tym pomyśleć. Teraz się nie poślizgam, bo pan Poważny Mag (tm) tu jest, co jeśli weźmie mnie za niepoważnego? Moja reputacja w magicznym świecie zostanie zrujnowana zanim w ogóle się zacznie.

(Gastly) Intruz... - pomyślał, odruchowo zgarbił się i naciągnął kaptur na czaszkę. Chcąc nie chcąc cisnął truchłem wiewiórki o taflę lodu, resztki krwi rozlały się na szklanej powierzchni. - Słyszałem Cię. - wychrypiał dosyć głośno przeciągając nadmiernie każde słowo. W jego strunach głosowych i gardle nadal można było usłyszeć bulgoczącą krew, przez co słowa które wypowiedział wydały się dosyć przytłumione i trochę zniekształcone. Biorąc pod uwagę, że mówi to stuczterdziestoletni trup - nic dziwnego.

(Nirameja) - Dzięki, chętnie skorzystam wraz z moją połówką. - Uśmiechnęła się krótko ujmując w dłone butelkę, zaraz po tym ukłoniła się delikatnie i wyszła w stronę swojej kajuty.

(Karagni) Dopiero teraz zorientowała się, że coś jest nie tak. Jakoś nigdy nie potrafiła pochwalić się bystrością sowy. Jej magia ostrzegała ją, wyczuwała swoje przeciwieństwo. Jako osoba o bardzo dobrze rozwiniętym instynkcie samozachowawczym udała się w stronę źródła potencjalnego niebezpieczeństwa.

Edit: Dedykuję stronę wszystkim ziemniakom i kartoflom.

(asghan) Kurde, co robić? Przecież mu się tak nie pokażę, z tym pomarańczowym plecaczkiem i w ogóle. Ciekawe po co zamroził jezioro. Może też chciał się poślizgać? Oczywiście, Tangata nie widział w mroku twarzy, ani nawet kształtu twarzy maga, bo było tu zadziwiająco mało światła. Dosyć pochmurna noc.

- H...hej... - Powiedział nieśmiało.

(Gastly) - Ach... Jest was więcej... - powiedział cicho i pokazał kosturem w stronę zbliżającej się osoby. - Co robicie w moim lesie!? - niemal krzyknął akcentując pytanie, aczkolwiek wypowiadał się nadal w ten sam dziwny sposób rozciągając wyrazy. Każde jego słowo miało dziwny, świszczący wydźwięk, który mógł być nieprzyjemny dla ucha. To pewnie kłusownik, wygląda jakby przez dwa dni czekał na zwierzynę, którą chciałby udusić własnymi łapami... Wnioskował Shaal'Zad analizując ubranie mężczyzny.

(Karagni) - Przepraszam Pana, ale bez okazania aktu własności nie uwierzę, że to Pański las. - Powiedziała spokojnym głosem zbliżając się.

(asghan) - Oj, nie zachodź mnie od tyłu. - Powiedział do kobiety która chwilę temu ślizgała się na strumieniu. A co jeśli to leśniczy? Czy w dużych miastach poważni magowie zostają leśniczymi? - Ee... jest pan leśniczym?

(Gastly) - Durnie... Zapytałem się was o to co tutaj robicie, drugi raz nie będę się powtarzał! - krzyknął i uderzył kosturem o ziemię. W powietrzu czuć było irytację Shaal'Zada, bardzo nie lubił, kiedy ktoś zadaje mu pytania, a sam nie odpowiada na wcześniej mu zadane. W okolicach półksiężyca na czubku laski zaczął krążyć fioletowo-czarny dym. A lód natomiast zaczął również obejmować mały krąg w miejscu w którym nastąpiło uderzenie.

(Karagni) - Zbierałam kwiatki. - Powiedziała wyjmując jeden z torby, po czym szepnęła do chłopaka obok:

- Jakiś wypasiony ten leśniczy, z magią i w ogóle...

(asghan) - Ma kostur, musi być poważnym magiem, to chyba oczywiste. - Odpowiedział, wzruszając ramionami. - Tego, sorry. Ja tu tylko na przechadzkę, pan się tak nie denerwuje, po co od razu wyciągać kostur. Ma pan też jakieś magiczne księgi? Moim zdaniem wyglądałoby to jeszcze poważniej i bardziej majestatycznie. Szkoda że księżyc nie świeci.

(Limenhu) Znowu nie potrafił zasnąć. Niestety, teraz nie mógł tego zwalić na śmierdzące powietrze, niewygodę czy strach. Po prostu, najzwyczajniej na świecie, nie mógł zasnąć. I to go bolało. Kilkanaście minut leżenia w bezruchu utwierdziło go w tym przekonaniu, więc nie czekając więcej, po prostu założył buty i zapiął z powrotem pas, nawet nie starając się być cicho. Siostra miała sens niczym wielki, gruby niedźwiedź. Nie sposób ją było obudzić, ba, pewnie przespałaby najazd korsarzy na miasto, gdyby tylko odpowiednio dużo zjadła.

Na parterze nie było praktycznie nikogo. Karczmarz polerował szczerbate kufle, które mimo wszelakim bodźcom sugerującym, że to już ich czas, dalej wesoło przyjmowały tanie piwsko w swoje rozwarte ramiona. Pewnie zaraz miał zamykać, sam kładąc się spać. Elmo mu zazdrościł. Pieniądze, brak stresu i co najważniejsze - sen.

- Zostaw otwarte zaplecze - odrzekł tylko na wychodne, wychodząc z tawerny i spoglądając w stronę najbliższej pochodni. Dziwnym sposobem poczuł coś. Znowu. Jednak teraz wiedział, że to coś go obserwowało, znikając zaraz po tym, jak tylko wyszedł z budynku. A tak nie mogło być.

(Gastly) - Niepotrzebnie zawracacie mi głowę... Myślałem, że wysłały was straże Hilldarii, już mieliście kończyć jak ta wiewiórka. - machnął swoją kościstą dłonią w kierunku ciała bez głowy. - Ale jako iż mamy dzisiaj piękną noc, poznacie moją dobroć. Ha, ha. - zaśmiał się ochryple. - Nie mam za wiele czasu, zaraz świta, a ja muszę jeszcze załatwić jedną sprawę w mieście, uważajcie, tereny tutaj są bardzo grząskie. W szczególności dla kobiet. - wysyczał, a spod jego kaptura wydawało się słyszeć coś na wzór oblizania warg, niestety Shaal'Zad nie był ich posiadaczem, tak więc źródło tego dźwięku pozostanie tajemnicą. Czarnoksiężnik odwrócił się plecami do dwójki i stuknął kosturem jeszcze raz. Lód zaczął pękać.

(Karagni) Nieco zdezorientowana wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę miasta.