Hilldaria - część II

(Glieve) W końcu Asherg i Qim skręcili w mniejszą uliczkę kierując się do portu. Bruk ustąpił miejsca piachowi i kępką trawy, a co jakiś czas wśród porozwalanych tu i ówdzie śmieci przewijało się jakieś łajno lub zdechły szczur. W okolicach portu tych gryzoni było pełno, pochowane w najróżniejszych zakamarkach. Były żarłoczne i cuchnęły, a gdy zdychały śmierdziały jeszcze gorzej. Najobrzydliwsze w nich było to, że ich cielska nierzadko były poobgryzane bynajmniej nie przez zwierze. Ale to nie tak, że miały same wady! Całkiem przyjemnie chrzęściły pod butem... Oprócz portowych szczurów w uliczkach można było znaleźć inne paskudne rzeczy. Ludzkie wraki, wychudzone zdziczałe psy, nastroszone kocury oraz wątpliwej płci wycieruchy. Czasem między poszarzałymi od dymu budynkami można było znaleźć jakieś zwłoki. Nie było to niczym nadzwyczajnym, a nieszczęśnik szybko znikał w brzuchach tutejszej fauny. Uliczki rozdzielały się na kolejne niczym labirynt i trzeba było uważać, by nie wpaść niebezpiecznych typów, a już w szczególności na uczciwych przedsiębiorców. Nawet Asherg wolał nie szwendać się tędy samotnie, a w tej chwili miał przy sobie najlepszego przewodnika. To właśnie tu dziesięć lat temu znalazł Qim.

- Gdy dotrzemy na miejsce, znajdź Edrica. Ma się wstawić w moim gabinecie - mruknął do dziewczyny nawet się nie oglądając. Parł do przodu szybkim krokiem, chcąc jak najszybciej opuścić ten cuchnący przedsionek piekła. Qim kiwnęła ze zrozumieniem głową.

Dziś Ironhawk miał sfinalizować transakcje z przedstawicielem pewnego handlarza zza morza. Była to dość droga transakcja, którą miał nadzorować sam Asherg. Edric był jego prawą ręką i dopilnowywał wszystkiego pod jego nieobecność. Nazywano go żartobliwie Złotą Rybką, gdyż miał niesamowite szczęście w kartach i kościach, a za wygrane w nich pieniądze kupował kobietą prezenty. Był to tawerniany typ kobieciarza-pijusa kochany przez urodziwe damy, lecz znienawidzony przez ogranych biedaków. Mimo swej rozrzutności, Ash nie miał powodów, by martwić się o zostawienie interesów w jego rękach. Był on kolejnym z niewielu przyjaciół, którzy towarzyszyli mu w tym niemal od samego początku.

(Sasphirkaxd) Podniosła w końcu tyłek z chodnika, otrzepała spodnie i ruszyła w dalszą drogę. Tym razem już nie udawało jej się tak sprawnie manewrować między sklepami, bo w miarę, jak zbliżała się do centrum, na ulicach pojawiało się więcej ludzi. Priorytetem zatem stało się dla niej uważanie, by nikt jej przypadkiem nie popchnął, a co gorsza, nie podeptał. Z drugiej jednak strony, uczęszczane miejsca wymagały odpowiedniego wyposażenia. I kierując się takim tokiem myślenia, w końcu dotarła pod tablicę ogłoszeń. Przetarła oczy i z ciekawością rozpoczęła przeglądanie widniejacych na niej ogłoszeń.

(Nirameja) Wstała.. ponownie pod wieczór, miała kompletnie zepsuty zegar biologiczny ale kto by się tego nie spodziewał? Przy takim stylu życia jaki Ona preferuje było to przewidywalne. Usiadła na brzegu łóżka i przeciągnęła się, miała drobną kajutę. Taką by mogła pomagać kapitanowi na statku, oraz by mieć gdzie żyć. Zapaliła małą latarenkę i usiadła przy stoliku gdzie stała doniczka z ususzoną roślinką, prostym ruchem dłoni po prostu odżyła. Czuła się źle że ją tak maltretowała, musiała żyć w cieniu.. ale także musiała się przyzwyczaić, kochała rośliny i musiała je mieć przy sobie. Statek dalej żyje, czyli jest nadzieja że nic się przez nią nie spartaczyło.

(Glieve) Edric przekroczył drzwi gabinetu. Był wysoki, szczupły i przystojny, co pomagało mu w zdobywaniu kobiecych serc. Długie kasztanowe włosy miał zadbane, lico gładko wygolone, a szmaragdowe oczy zdawały się świecić w półmroku pomieszczenia. Ubrany był w zielony, zdobiony złotymi nićmi wams, czarne spodnie i buty z do trzech czwartych łydki.

- Wzywałeś, Popielku? - spytał Edric podchodząc do biurka, za którym siedział Ash. Tylko jemu pozwalał się tak nazywać.

- Tak, Złotek - odgryzł się i podał mu papiery. Zarządca przejrzał, a ich zawartość sprawiła, że uśmiech znikał z każdym przeczytanym zdaniem. Po paru chwilach podniósł znad nich wzrok na twarz przyjaciela.

- Wiesz po kogo posłać - powiedział Ash na co Edric westchnął ciężko.

- Tylko nie męcz chłopaka, dobra? Jest z nami już dobre kilka lat.

- Sugerujesz, że źle go ugoszczę? - spytał udając zdziwienie.

- Po prostu za dobrze cię znam. Pójdę już.

Edric odwrócił się na pięcie i opuścił gabinet.

(Limenhu) - Do zobaczenia, Elmo - odparł paskudny, przepełniony jadem głos. Miał go dosyć, ciągle sączył do jego uszu truciznę. Zawsze próbował go przekupić, dając coraz cięższą sakwę. I tym razem mu się udało.

- Nie będzie następnego razu.

- Wszyscy tak mówią, wszyscy. A wiesz co później się dzieje? Każdy wraca. - Paskudna morda wykrzywiła się w uśmiechu, ukazując zepsute, niepełne uzębienie. Wydawać by się mogło, że nie tylko to na twarzy miał zepsute. Nos kilkukrotnie złamany, blizna ciągnąca się po lewej stronie szyi i oczy, przepełnione lodowatym szaleństwem.

Zaczęło już świtać, a Elmo nawet nie próbował mu odpowiedzieć. Po prostu wyszedł z tego siedliska szkarad i śmierdzącego domu, nabierając głośno powietrza, kiedy tylko wydostał się na zewnątrz. Powietrze przepełnione wonią kupy i zgniłych ryb było niczym najsłodszy napar. Obłożyło go z każdej strony całunem czystości, prowadząc do karczmy. I tym razem nie był sam; ciężka sakwa cicho brzękało mu przy każdym ruchu, oznajmiając wszystkim, że ten gość ma monety. Dość sporo monet.