Hilldaria - część IV

(Karagni) Udało jej się zebrać parę ciekawych roślinek, co prawda dosyć pospolitych, lecz posiadających właściwości lecznicze. Postanowiła także, że nie opłaca jej się na razie wracać do miasta. Rozbije obóz, a przynajmniej spróbuje. W zasadzie to ognisko powinno wystarczyć.

(Jatutylkospamie) - No podobno tylko znaleźć. Ale jak ich zabijemy to będzie pewnie lepsza nagroda? - Powiedział i odwrócił się. - Ruszajmy. - Wszedł w głąb lasu nie czekając na odpowiedź.

(asghan) - Mhm. Jeśli masz zamiar ich zabić, to dobrze by było wiedzieć coś o twoich umiejętnościach. W czym się specjalizujesz? Nie chcę się znaleźć przypadkowo w zasięgu jednego z twoich zaklęć. - Powiedział. - Daj mi sekundę, te ciuchy są trochę zbyt widoczne. - Powiedział to, i idąc za nim zdjął szaty, przewrócił na drugą stronę i założył raz jeszcze.

(Jatutylkospamie) Draco westchnął. - Moja główna specjalizacja jest bardzo niepubliczna.Jest nią czarna magia. - Powiedział ciszej. Tak jakby ktoś podsłuchiwał. - Władam też magią umysłu, chociaż w mniejszym stopniu. A ty?

(Olaice) - Jak to ładnie brzmi w teorii - roześmiała się. - Moze jakbym złapała cie za ramie, to byłoby łatwiej?

(asghan) - Brzmi okej. Myślisz, że dostaniemy nagrodę, jeśli spalimy cały las i powiemy, że na pewno gdzieś w nim byli? - Powiedział, przerzucając małą, płonącą kulkę z jednej ręki do drugiej. - Chociaż nie lubię tego robić, głównie walczę bronią i używam magii do wzmocnienia ciała i te sprawy.

(Jatutylkospamie) - Jak spalimy cały las to następna nagroda będzie za nas. - Powiedział przedzierając się przez chaszcze. - Wole jednak zrobić to z głową.

(asghan) - To był tylko żart. Wiesz może, jak duży jest ten obóz? - Zapytał. - Jeśli kilkudziesięcioosobowy, to nie ma możliwości, by nie zostawili śladu na roślinności i podmokłym gruncie. Wszystko będzie znacznie bardziej wydeptane. W dodatku, duże obozy potrzebują wody, więc pewnie powinniśmy zacząć od najbliższego źródła wody, a potem szukać wydeptanych szlaków.

(Limenhu) - Czylimy mamy się macać i mieć nadzieję, że magicznie znajdziemy się na drugim końcu miasta? Czemu nie. Brzmi jak niezły plan, bibliotekarko.

(Karagni) Po kilkunastu minutach krążenia w kółko postanowiła wrócić do miejsca, w którym spotkała leśniczego. Dostęp do w miarę czystej wody bardzo by się jej przydał. Dotarła do małego strumyka i szła wzdłuż niego w stronę małego stawu.

(Jatutylkospamie) Przecież to jest oczywiste. Jestem głupcem. - Niestety nie widziałem żądnego strumienia. - Nastawił teraz uszu. A nóż jakiś usłyszy? - Ściemnia się. Pewnie za chwilę dostrzeżemy jakieś ogniska. - Draco zaczął wpatrywać się w korony drzew.

- Można się wspiąć i spojrzeć z góry.

(asghan) - Dobry pomysł. Masz dobry wzrok? Mogą być dobre kilka kilometrów wgłąb lasu. Poza tym, chyba pamiętam jak stąd dojść do strumienia, ale ostatnio był tam bardzo poważny leśniczy więc się trochę boję. Co jeśli słyszał to, co mówiłem o spaleniu lasu? - Powiedział. - Kto wchodzi, ja czy ty? - wskazał palcem na w miarę wysokie drzewo.

(Olaice) - Oczywiście, ze tak! - Nie mogla powstrzymać śmiechu. - Głupi jesteś, wiesz?

Możemy spróbować bez, tyle, ze nie wiem jak. Myślisz, ze są jakieś książki na ten temat?

(Karagni) Dotarła do stawu. Naprowadziło ją na to truchło wiewiórki z odgryzioną głową. Okolica wydawała się być całkiem przyjazna, pomijając zdechłe zwierzę oczywiście. Mała polana otoczona drzewami idealnie nadawała się na tymczasowy obóz. Niewiele myśląc zaczęła zbierać suche patyki na rozpałkę.

(Jatutylkospamie) - W sumie to mogę ja. - Powiedział i zdjął marynarkę. Rzucił ją na trawę wraz z mieczem. - To będzie tylko przeszkadzać. - Wybrał najbliższe drzewo i rozpoczął wspinaczkę. Było rozłożyste, a wiec szło mu to dość szybko. Po paru minutach był już na samym szczycie. Wokół rozciągał się piękny widok. Miasto pięknie zlewało się z lasem. Wśród drzew udało mu się dostrzec słaby blask ognia.

- Na godzinie drugiej. Jakieś półtora kilometra stąd. Widać ogień.

(asghan) - Nie wiedzą, że to niebezpieczne? Heh, i oni się niby ukrywają. Dobra, lecimy, prowadź. - Roztarł kark i poprawił pas, zza którego zwisał toporek.

(Limenhu) Zatrzymał się.

- Właśnie, biblioteka! Czemu wcześniej na to nie wpadłem? Prowadź, masz może klucze?

(Jatutylkospamie) - Może mają nowicjuszy w szeregach? Kto to wie? - Powiedział schodząc powoli. Bardzo lubił swój kark, nie chciał go sobie złamać. Gdy znalazł się na ziemi nałożył swoją marynarkę i przypiął broń. - Od razu lepiej.

(asghan) - Mm. Półtora kilometra, kilkadziesiąt osób... Trzydzieści minut i z głowy, jeszcze na kolację zdążymy. - Pokiwał głową. - Prowadź.

(Jatutylkospamie) - Zależy czy masz lokum by tą kolacje zjeść. Karczma się raczej nie nada. - Ruszył szybkim krokiem. Im szybciej tym lepiej.

(asghan) - Nie ma żadnej innej? Uważaj pod nogi, nawet jeśli są niedoświadczeni, mogli pomyśleć o pułapkach, albo nawet wnykach na zające. Coś muszą jeść. - Powiedział, poruszając się stosunkowo ostrożnym krokiem.

(Jatutylkospamie) - Masz portową tawernę. Ale bym tam raczej nie jadł. Dziewczyn też nie bałamucił. Łatwo o jakieś choróbsko. - Powiedział spoglądając pod nogi. Tangata mógł mieć racje.

(Olaice) - Mam, ale... No dobrze, chodź! - zdecydowała, skręcając w uliczkę, którą można było dostać się do tylnych drzwi.

(asghan) Nie odpowiedział. Byli już blisko obozu - nie chciał, żeby któraś z czujek usłyszała rozmowę i zaalarmowała pozostałych. Wypatrywał sznurków i prowizorycznych alarmów.

(Limenhu) Chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Widział, że się wahała. Nie chciał karmić jej poczucia winy, ważne, że mu się udało. Przynajmniej ten jeden raz. Przez chwilę w umyśle przemknął mi wizerunek siostry, jednak zaraz zniknął. W pracy nie myślał o rodzinie.

- Nie ma żadnych nocnych psów?