Hilldaria - część IX

(Kirr) Obudził się na ławce w parku. W zasadzie zrobił to strażnik, bo myślał że mag dostał udaru. - Nie, nic mi nie jest. Już sobie idę. - Powiedział i szybko się zerwał z ławki. Nie czekając na jakąkolwiek reakcje zbrojnego ruszył szybkim krokiem przed siebie. Nie wiedział co ze sobą począć. Wędrował tak po mieście.

(Olaice) - Jesteś niereformowalny - skwitowała zabierając torbę spod krzesła. Pozamykała nieliczne okna i skierowała się do wyjścia.

(Limenhu) Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko, wychodząc razem z nią, z tej nieszczęsnej biblioteki. Dopiero wtedy postanowił się odwrócić i zagaić:

- To gdzie teraz, bibliotekarko?

(Olaice) - Nie mam pojęcia - wzruszyła ramionami. Poprawiła wstążkę na warkoczu.

(Limenhu) - To świetnie, idziemy - powiedział i przejął inicjatywę, kierując się w tylko sobie znanym kierunku. - Mam nadzieję, że twoja koleżanka nie będzie posyłać za tobą straży, jak znikniesz na parę godzin.

(Olaice) - Nic jej nie obchodzę - wzruszyła ramionami. - Jeszcze kilka dni i wynajmę sobie pokój mieszkanko poza karczma.

(Limenhu) - A to ciekawe - mruknął, a resztę jego wypowiedzi tłum na rynku pochłonął. Jednak on niby się nim nie przejmował; większość osób magicznie schodziła mu z drogi, a dziewczyna miała czystą drogę, idąc zaraz za jego plecami.

Minęło niemało czasu, a udało im się wreszcie dojść do otworu gębowego miasta; wielkiej, kamiennej bramy, zwanych przez większość "główną". Elmo nie widział w niej nic wartościowego, oprócz, rzecz jasna, lepszego celu do ostrzału dla baterii, jednak nie miał ochoty tego nikomu mówić. Czasami przemyślenia zostawiał dla siebie.

- Tylko się nie bój - zadrwił, kiedy zeszli z głównego traktu, schodząc na ten mniej uczęszczany i widoczny chyba tylko dlatego, że przez zwierzęta od czasu do czasu używany. - Podobno w lasach są duchy.

(Olaice) - Zobaczą nas to uciekną - uśmiechnęła się wesoło. - A ty nie będziesz się bal?

(Limenhu) - Mając przy sobie taką groźną dziewczynę, to powinienem raczej chodzić dumny niczym paw - wyrecytował niczym poeta od lat się na to szykując, by po chwili dodać. - O, patrz, już jesteśmy.

Przed ich oczami roztaczał się całkiem zjadliwy widok. Polanka zewsząd otoczona gęstymi krzewami i grubymi drzewami, przez jej środek strumyk mały przebiegający, a bardziej po lewej stronie - wielki głaz. Nie do końca wiadomego pochodzenia.

(Olaice) - Malowniczo - skwitowała. Na drzewie zaśpiewał słowik, strumyk szumiał, pluskając cicho. - To dobre miejsce, żeby teleportować się tu w razie niebezpieczeństwa.

(Limenhu) - Nie, nie, nie - zaczął, spoglądając na dziewczynę, jakby postradała zmysły. - Nie o to chodzi - również skwitował, robiąc krok w stronę strumyku. Wnet jego wyraz twarzy się zmienił, a on uśmiechnął się tajemniczo. - Patrz.

Elmo klęknął przy strumyku, dotykając tafli wody dłonią i mówiąc donośnym głosem.

- Jaszczurze, stary zgredzie, wychodź wreszcie, wychodź wreszcie - powiedział sam do siebie, wcale a wcale nie udając głupa. - Jaszczurze, jaszczurze...

(Olaice) Popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem.

- Hlaczu Chlustaczu! Hlaczu Chlustaczu! Prosimy cię tutaj gorąco, chociaż bez płaczu! - mruknęła pod nosem.

(Limenhu) Zgromił ją spojrzeniem, odchodząc od strumyka i pokazując na głaz.

- Patrz! - krzyknął tylko, choć nic się nie stało. Dopiero po pięciu minut szło zobaczyć, jak na kamień wychodzi wielki, praktycznie dwumetrowy jaszczur. Śmieszny, bardzo do smoka podobny. Tylko bez skrzydeł. - Widzisz? Zawsze wychodzi, jak się tak zrobi!

(Olaice) Zamrugała kilka razy.

- Aha - skomentowała niepewnie.

(Limenhu) - Powiedział mi to pewien dziad u którego nocowałem. Przychodził tu za młodu i teraz pewnie też by to robił, ale nie jest w stanie dojść. Rozumiesz? Od kilkudziesięciu lat! Cóż to może być, masz może jakiś pomysł?

(Olaice) - Waran? - zastanowiła się. - One żyją dość długo, ale chyba nie w tym klimacie...

(Limenhu) - Wa-an? - zapytał, nie bardzo wiedząc o co kobiecie chodzi. - To mi na smoka upośledzonego wygląda.

(Olaice) - Albo jaki to dziad leśny, co kształt nieludzki przybrał, by nas w lesie omotać, byśmy jak dzieci we mgle chodzili w kolko, węsząc śmierć za każdym drzewem... - zadrżała. Miala jakieś dziwne oczy, jakby patrzyła na coś innego. Trochę powiało chłodem.

(Limenhu) Popchnął ją lekko, jakby powiedziała jakiś nieśmieszny żart.

- Dobra, on będzie patrzeć, a my potrenujemy te twoje czary, bibliotekarko.

(Olaice) Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła było już ok.

- Powinno się zacząć od podstaw, czyli od takiej trawy... Trzeba sprawdzić, czy damy rade sprawić, żeby urosła - przypomniała sobie.

(Limenhu) - No to dalej. Mam po prostu myśleć, żeby urosła? Tak to działa? Pisze coś w tych książkach? - Zadawał pytania jak nigdy dotąd, jednak zaraz potem się zreflektował. Jak to nie on: - Ej, wszystko w porządku, bibliotekarko?

(Olaice) - Tak, po prostu czasami mam wrażenie, ze mam schizofrenie - wyjaśniła. - Musisz skupić się na trawie, na tym jakie pełni funkcje, jak rośnie, jak jest zbudowana...

(Karagni) Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Jej nauczyciel gdzieś sobie poszedł wcześniej mówiąc do niej "Chciałaś pomagać ludziom, to pomagaj.". Nie przygotowała się jednak na coś takiego. Większość lekarstw zostawiła w chatce. Zacisnęła dłonie i uspokoiła nerwy. Od początku podejrzewała, że to jakiś test. Nie podda się w takiej chwili. Wypatrzyła namiot, z którego wydobywało się najwięcej kasłania i bolesnych jęków i ruszyła w tamtą stronę.

(Limenhu) - Nie wiem, kurka wodna, jak rośnie głupia trawa. Wiem gdzie jest serce, płuca, wątroba - czy to do czegoś się przyda? - zapytał raczej filozoficznie, nagle zdając sobie sprawę, jak jest głupi w swojej mądrości.

(Olaice) - Nie poznasz siebie, dopóki nie poznasz świata - powiedziała sentencjonalnie siadając na trawie po turecku. - Trawa rośnie pionowo w gore, kiedy otrzyma słońce i wodę, i jakieś małe rzeczy, które siedzą w ziemi. Wtedy w jej środku coś się dzieje i rośnie. Trzeba popatrzeć na trawę, żeby to zrozumieć. Poczuć jej życie, zobaczyć świat jej oczami...